Skąd taka nienawiść do katolicyzmu?

Nasz Dziennik 31.05 - 1.06.2008

Bywają nienawidzeni różni ludzie, instytucje, systemy, ugrupowania, a także religie czy wyznania. Ale szczególnie zastanawiająca jest częsta i gwałtowna nienawiść do Ewangelii, która jest samą wzniosłością, miłością i słodyczą. Co więcej: w Polsce, gdzie jest ok. 36 różnych religii i wyznań, nienawidzony bywa przez inteligencję i różne szare eminencje niemal jedynie Kościół katolicki i katolicyzm w ogóle. Nienawiść ta ma miejsce nie tylko u niekatolików, ale czasami też u inteligencji, żyjącej niejako na obrzeżach Kościoła katolickiego. Pod naporem ateistycznego liberalizmu zjawisko to się nasila i występuje nie tylko u poszczególnych jednostek, ale niekiedy w całych ugrupowaniach w postaci nienawiści zbiorowej, społecznej. Jak to wytłumaczyć?

Zjawiska nienawiści indywidualnej
Jeśli ktoś jest niewierzący lub obcy katolicyzmowi i nie atakuje nas, to jest przez nas poważany, szanowany i traktowany jako współpielgrzym w drodze. Problem powstaje wtedy, gdy ktoś zaczyna gwałtownie zwalczać katolicyzm za to, że jest katolicyzmem, że nie nagina się do różnych i zmieniających się ustawicznie gustów, jak moda damska. Najtrudniej jest zrozumieć katolików redukcyjnych, którzy nienawidzą niektórych prawd i struktur podstawowych dla katolicyzmu, a uważają się za prawdziwych katolików. Tymczasem według św. Ignacego Antiocheńskiego z II wieku, "katolikiem" jest ten, który przyjmuje pełną prawdę objawioną i cały Kościół.
Otóż bardzo dużo jest takich nienawidzących redukcyjnie, wybiórczo: pozostają w Kościele i ogólnie go uznają i pochwalają, ale denerwują ich bardzo niektóre, nawet fundamentalne prawdy lub struktury, jak: kapłaństwo, nierozerwalność ważnego małżeństwa, nieomylność Papieża nauczającego ex cathedra lub inne. O drobiazgach nie mówię. Przypominam sobie np. człowieka w pociągu, który zaatakował mnie jako księdza za to, że Kościół nie dał mu rozwodu z jego pierwszą żoną. Owszem, kochał kiedyś tamtą żonę i ma nawet z nią dwoje dzieci, ale miłość wygasła, a teraz spotkał prawdziwą i wielką miłość życia. I ona jest religijna, a Kościół nie pozwala nam spełnić się sakramentalnie. Odpowiedziałem mu, że konflikt uczuć z prawem jest trudny do rozwiązania na żywo. A nierozerwalność małżeństwa ma przede wszystkim na celu z woli Bożej tworzenie i utrzymywanie społecznego bytu, ładu i pokoju. Nie może ona być zniesiona, choć niektóre jednostki bardzo cierpią. Człowiek popatrzył na mnie jak na idiotę i dodał, iż Kościół katolicki jest "nieludzki".
Innym razem przychodził do mnie długo pewien żebrak, któremu dawałem niemało pieniędzy dla jego dzieci. Ale kiedyś trochę sobie podpił i mimo że znowu coś dostał, wykrzyknął: "Jakże ja was (księży) nienawidzę!". Jak to wytłumaczyć?
Było też kiedyś radiowe studio otwarte na temat żalów do Kościoła. Zgłaszano różne żale: że proboszcz nie chce słuchać, że księża mają auta, że ksiądz Prymas lata samolotem do Rzymu, a nie jeździ autokarem, gdzie "mogłabym sobie z nim porozmawiać", że proboszcz nie chciał dać 60 tys. zł na leczenie dziecka za granicą, że Kościół wtrąca się do polityki, że parafia nie chce udostępnić swoich lokali ludziom wychodzącym z więzienia, no i że nauka moralna jest już przestarzała. Aż bardzo ciekawą uwagę zgłosił jakiś młodzieniec, mianowicie, iż ludzie często krytykują Kościół i duchowieństwo po to, żeby usprawiedliwić swoje różne przewinienia i grzechy. Istotnie, ludzie bardzo często chcą zmieniać Kościół, a nie siebie, chcieliby nawet podstawowe prawdy czy struktury modelować według swego zdania. A najwięcej wściekają się na prawa kościelne ci, którzy zamiast siebie nawrócić, chcieliby "nawrócić" Kościół. Jest jakaś głęboka tajemnica zapierania się człowieka w swoim złu z jednoczesnym atakiem na dobro. Pan Jezus powiedział: "Ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło, bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków" (J 3, 19-20). Można krytykować różne zewnętrzne ucieleśnienia Kościoła, ale nie wolno atakować Chrystusowego sakramentu Kościoła, jego prawd, norm moralnych oraz przekazu Objawienia i sakramentów. Nie wolno nam tworzyć swojego Kościoła prywatnego. To nie Chrystus i Jego Kościół mają nas słuchać, lecz my Ich.

Nienawiść zbiorowa
O ile można jeszcze zrozumieć nienawiść jednostki do Kościoła w całości lub jednego czy drugiego jego elementu z powodu złego przypadku, nieporozumienia czy jakichś osobistych problemów moralnych, o tyle o wiele trudniej jest wytłumaczyć różne formy nienawiści zbiorowej, społecznej, która ma często miejsce w różnych grupach społecznych, organizacjach, instytucjach, systemach czy też religiach lub sektach. Nie uznając Kościoła katolickiego we wszystkich jego kształtach, nie muszę go atakować, i to z zajadłością, jak robią to przedstawiciele marksizmu, nowej lewicy, liberalizmu, masonerii, sekt i różnego rodzaju stowarzyszeń ateistycznych. Tam bowiem nie ma własnego źródła odniesienia do Kościoła, lecz odniesienie to jest wzięte spoza, z jakiejś ideologii, z czyjegoś przekazu, z mentalnej dyktatury przywódców. W każdym razie nie decyduje tam osobiste poznanie, własny rozum, prawda czy obiektywne doświadczenie, lecz jakaś psychika zbiorowa. Wobec takich postaw zbiorowych nie dają już rady najwyższe prawdy, wartości i idee, jakie przedstawia sobą Kościół katolicki. Jeśli w owych ugrupowaniach nie pojawi się jakaś wybitna osobowość szlachetna, to z całością nie ma żadnego dialogu. Za nienawistnym nastawieniem idą nienawistne teorie, poglądy, czyny, no i ataki na Kościół i katolicyzm, jakoby był on największym błędem i złem. Nieraz się mówi, że nie jest atakowana i nienawidzona nauka katolicka ani strona sakramentalna, a jedynie niektóre ludzkie i historyczne nadużycia. Nieprawda. Bywają często atakowane nie tylko rzeczy drugorzędne, ale i istotne, i nie tylko przez zdeklarowanych wrogów, ale i przez ugrupowania wewnętrzne w katolicyzmie, jak w Polsce liberalne grupy świeckich i niekiedy także duchownych, katolewicę, ludzi należących w taki czy inny sposób do masonerii czy wreszcie różne stowarzyszenia sekularystyczne. Często są to po prostu współczesne sekty katolickie. A sekty zawsze nienawidzą Kościoła macierzystego. Przecież nie ma pod słońcem żadnej innej religii tak wzniosłej i tak istotnej dla życia ludzkiego, nie tylko nadprzyrodzonego, ale i doczesnego.
Mamy ciągle mniejsze czy większe ataki na hierarchię, na kapłanów, moralność małżeńską i rodzinną, dyscyplinę życia, wychowanie według Ewangelii, na cały Dekalog, na katolickie szkoły i media, na obecność Kościoła w życiu publicznym, na kulturę katolicką, na patriotyzm itd. Atakuje się ciągle z nienawiścią i perfidią nie tylko Radio Maryja, co się stało u tych podłych ludzi regułą, ale powoli formuje się w całym społeczeństwie atmosfera nienawiści do wszystkiego, co katolickie. Niekiedy nawet w drobnych sprawach dochodzi do obłędu. Na przykład "Teleexpres" z 15 maja br. zarzucił pewnym siostrom zakonnym, prowadzącym szkołę społeczną dla dziewcząt, że nie udostępniają uczennicom dzieła "Kod Leonardo da Vinci", które jest bluźniercze i dąży wprost do zabicia wiary w Chrystusa. Cała atmosfera w Polsce robi się coraz bardziej stęchła. Musi być ona oczyszczona, bo tak nie można dłużej żyć. Musimy się jakoś wyzwolić spod nienawistnej wobec nas polityki, szerzącej ateistyczną ideologię Zachodu.

Negatywny przykład Hiszpanii
Zwróćmy uwagę, jakie straszliwe zniszczenia czyni od ponad dwóch wieków nienawiść polityków do Kościoła w Hiszpanii. Na początku XIX w. Hiszpanię opanowała Francja, która wznieciła pożar swojej rewolucji. Rozpoczęły się ataki na państwo i na Kościół, które po wypędzeniu Francuzów nie tylko nie osłabły, ale się wzmocniły. Walki te uśmierzył na początku swego panowania król Ferdynand VII (1814-1833), ale przywrócił absolutyzm i oparł życie publiczne na Kościele, kontrolowanym zresztą przez siebie. I tak znowu poszło w ruch wahadło: to wygrywali rojaliści, to liberalni rewolucjoniści. Już w roku 1820 wybuchła krwawa rewolucja przeciwko królowi i może jeszcze bardziej przeciwko Kościołowi. Na terenach objętych rewoltą grabiono majątki kościelne, zamykano klasztory, wypędzano jezuitów, a duchowni, którzy nie chcieli podpisać lojalności wobec rewolucji, byli wtrącani do więzień. W roku 1923 wojsko przywróciło porządek w całym kraju. Jednak odtąd już przeciętnie co 10-15 lat wybuchała rewolucja czy nawet wojna domowa, budowana przeważnie na nienawiści wobec Kościoła. Liberałowie grabili świątynie, palili klasztory, sekularyzowali szkoły i inne instytucje publiczne, prześladowali rojalistów i duchownych, wielu więzili, a nawet mordowali i przeciągali na swoją stronę niemal całą inteligencję. Przemienność rewolucji i jej uśmierzanie spotęgowały się na początku XX w., tym razem z przewagą rewolucjonistów. W roku 1931 wpływy socjalistów były już tak wielkie, że wypędzono króla Alfonsa XIII i 14 kwietnia proklamowano republikę. Ale była to republika lewicowa, rządzona przez socjalistów, nazywających siebie liberałami, komunistów, masonów i innych elementów radykalnych i ateistycznych. Szef partii socjalistycznej M. Azana założył Ligę Ateistyczną oraz pismo "Sin Dios" ("Bez Boga"). I zaczęły się rządy konspiracyjne, przygotowujące wielką ateistyczną rewolucję. Zaraz w ciągu kilku dni spalono kilkadziesiąt kościołów, zamordowano kilku duchownych, ogłoszono rozdział Kościoła od państwa, skonfiskowano wiele dóbr kościelnych, nawet potrzebnych dla szkolnictwa i akcji charytatywnej, wypędzono Prymasa, opanowano prasę, szerzyły się skrytobójstwa. Socjaliści utrzymywali tzw. pistoleros, czyli płatnych zabójców, którzy likwidowali "wrogów republiki". Płacono im 5 dolarów za jednego zabitego - urzędnika państwowego lub księdza.
Przywódca tzw. liberałów M. Azana usunął religię ze szkół i zamiast modlitwy przed lekcjami nakazał śpiewać hymn, notabene trochę podobny do "Ody do radości", a mianowicie:
"Jesteśmy synami rewolucji,
Z nami nadchodzi świt
Nowej ludzkości".

W Barcelonie śpiewano przed lekcjami i po lekcjach rzecz bardziej radykalną:
"Rzuć bombę, umieść dobrze minę,
Chwyć mocno pistolet.
Przekaż słowo rewolucji".

A jeden z wybitnych komunistów Francisco Ferrer pisał, iż młodzi "muszą się nauczyć, że przeciwko policji i klerowi istnieje tylko jeden środek działania: bomba i trucizna".
Pod hasłami wolności, demokracji i tolerancji rozwinięto - zupełnie już dzisiaj w poprawności politycznej - całą akcję przeciwko tradycji katolickiej, nauce i kulturze. W szkołach pobudzano nastolatków do buntu przeciwko rodzicom jako rzekomo staroświeckim i kłamcom obyczajowym. Dzieci miały stworzyć krainę wolności według hasła: "Róbcie, co chcecie". Tradycyjne rodziny miały być rozbite. Starszej młodzieży chętnie dawano broń, a niekiedy urządzano orgie seksualne i dla nastolatków. Duchownych przedstawiano jako wstecznych, upośledzonych umysłowo i niemoralnych. Wyszukiwano skandale wśród duchownych i zakonnic, by je uogólniać na całe duchowieństwo, co robią media także dzisiaj. Rozpowszechniano zdjęcia i obrazy pornograficzne, przypisując je duchownym lub innym znaczniejszym katolikom. Niekiedy wtykano pornografię ludziom wchodzącym do kościoła. Naukę o Chrystusie przestawiano jako bajkę, a Jego cuda jako sztuczki. Idee antykatolickie były szerzone za olbrzymie pieniądze przez różne stowarzyszenia, kongresy pseudonaukowe, czasopisma, książki, teatr, uniwersytety i inne.
I oto 16 lipca 1936 r. zdobyła już pełnię władzy sama lewica komunistyczna, marksistowska, tworząc Partię Frontu Ludowego. Stanęło widmo rzezi powszechnej w katolickiej Hiszpanii. W odpowiedzi na akt zbrojnej rewolucji ogólnokrajowej gen. Francisco Franco (1936-1975), zdobywszy poparcie wojska, za dwa tygodnie ogłosił proklamację do narodu ze słowami: "Obowiązkiem każdego człowieka jest przystąpienie do zdecydowanej walki w obronie Hiszpanii przed Rosją". Rewolucjonistom przyszli z pomocą Rosjanie, a także polska brygada im. Jarosława Dąbrowskiego pod dowództwem Karola Świerczewskiego, który srożył się tam jak Feliks Dzierżyński w Rosji, choć po wojnie drżał jak liść osiki przed Stalinem, który go weryfikował. I tak zaczęła się wielka wojna domowa, gdzie lewica komunistyczna starała się przez cztery lata zniszczyć tradycyjne państwo i Kościół katolicki.
W ciągu pierwszych sześciu tygodni "liberales" Frontu Ludowego obrabowali 199 instytucji, w tym 36 kościołów, 106 kościołów spalili, a 56 zniszczyli, zamordowali 74 księży. Szef Frontu Ludowego M. Azana, wołał: "Hiszpania musi być zburzona, żeby przerobić ją na naszą. Hiszpania przestała już być katolicka". A komunistyczna liderka Marguerita Nelken pisała: "Żądamy rewolucji, ale nie wystarczy rewolucja typu rosyjskiego. Potrzebujemy płomieni, które będzie widziała cała planeta, i fal, które zabarwią na czerwono morze" (cytaty za: W.G. Carr, Pionki w grze, w: "Michael", 9/2007 nr 44, s. 14-16; 10/2008 nr 45, s. 10-11; nr 46, s. 14-15). Działacze Frontu Ludowego otrzymali z góry tajne instrukcje, jak destabilizować kraj, opanowywać koszary i rejestrować ważniejsze figury antykomunistyczne, świeckie i duchowne, żeby je wymordować. Każdy otrzymał listę, kogo ma zabić. Generałów kazano zabijać wszystkich, razem z adiutantami, a niekiedy i rodzinami. Bankierom kazano oddać swoje pieniądze, gdyby nie chcieli, mieli zostać zamordowani razem z ich rodzinami. Nakazano też śledzić jeden drugiego, czy są pewni, jeśli ktoś się łamał i nie chciał mordować np. dzieci, kobiet lub księży, to sam miał zostać zabity. Wszystko to było potworne. Co może zgotować nienawiść.
Rozlało się piekło nienawiści. "Liberałowie", socjaliści, komuniści, masoni, różni młodzi szaleńcy ruszyli: przez cztery lata strzelali, palili żywcem w kościołach i klasztorach. Zabijali po domach i na ulicach szablami, nożami, siekierami, przerzynali piłami, topili w kloakach, a przede wszystkim wszystko ciągle rabowali. Okazało się, że Hiszpanie to lud krwawy i nie do końca w tym poprawialny. Oto dziś socjalistyczny premier José Luis Zapatero robi przygotowania do rehabilitacji wielu tych morderców i potępienia w czambuł generała Franco. Skrytykował niedawną beatyfikację 497 katolików, szczególnie okrutnie zamordowanych. Generała Franco dziś potępia niemal połowa Hiszpanów, także katolików, chociaż był katolikiem i ocalił Kościół. Owszem, sam Franco kazał rozstrzelać kilkudziesięciu księży i wielu innych uwięzić w Baskonii, ale to dlatego, że Kościół Baskonii poparł aktywnie Front Ludowy w celu uzyskania swojego państwa. Były to więc powody polityczne.
W sumie w ciągu całej wojny domowej zamordowano: 12 biskupów, 4194 księży diecezjalnych, 2365 zakonników, 283 zakonnice i około pół miliona katolików świeckich, przy tym zniszczono 2 tys. kościołów (B. Kumor). Franco przywrócił w dużej mierze dawny porządek i pozytywny status Kościoła, ale po jego śmierci w 1975 r. z jednej strony zaczęli znowu prowadzić swe dzieło masoni, socjaliści, komuniści, anarchiści i cała lewica laicka, a z drugiej strony i sam Kościół hiszpański po Soborze Watykańskim II zaczął się liberalizować. Wprawdzie w 1978 r. powołano na tron Burbona, Jana Karola, katolika, ale król jest tylko symbolem dawnej monarchii. Już w 1981 r. socjaliści dokonali rozdziału Kościoła i państwa, przywrócili rozwody, uchwalili liberalną ustawę aborcyjną, do szkół wprowadzili agitację antykościelną i stworzyli w całym państwie atmosferę sekularystyczną. W rezultacie dziś naród w zasadzie katolicki ma rząd ateistyczny, wprawdzie jeden minister ogłasza się katolikiem, ale liberalnym i niepraktykującym. Dziś socjaliści chcą restytuować politykę socjalistów z 1931 r., politykę usunięcia religii ze szkół, ograniczenia kościelnej działalności katechetycznej i wychowawczej, szerzenia sekularyzmu w życiu publicznym, zabraniania hierarchii i świeckim katolikom ingerowania w życie społeczno-polityczne w duchu Ewangelii, wprowadzania tzw. małżeństw homoseksualnych, otwarcia drogi dla eutanazji i badań nad zarodkami ludzkimi, a wreszcie wyrugowania moralności katolickiej z życia państwowego. Rząd w Katalonii żąda ubiegania się o uzyskanie zezwolenia władz na odprawianie Mszy św. poza świątynią.
Dlaczego wspominamy premiera Zapatero? Bo człowiek ten dobrze reprezentuje ducha ideologii UE i należy do ludzi bardzo wpływowych. Dotykamy tu problemu tajemniczego wpływu niekiedy jednej osoby na całą mentalność społeczną. Przy tym wartość duchowa i umysłowa tej jednostki określa nieraz wartość i moralność całego ruchu społeczno-politycznego. Toteż musimy w Polsce przyjrzeć się dokładnie naszym przywódcom, kto wróg, kto mason, kto pomylony, żeby ci, którzy nie prezentują wartości duchowych, nie mogli pełnić wyższych stanowisk. Szczególnie trzeba chronić młodzież przed różnymi oszustami społeczno-politycznymi i światopoglądowymi. Całą potworność takich złych wpływów widać dobrze na młodzieży niemieckiej, na Hitlerjugend, która śpiewała w swym hymnie: Nie potrzebujemy żadnego zbawcy ani żadnej cnoty chrześcijańskiej, "bo naszym zbawcą i naszym pośrednikiem jest Adolf Hitler" ("weil unser Erlösung, unser Mittler ist Adolph Hitler"). Rozumiemy, jak bardzo trzeba w czasach zorganizowanego ataku na katolicyzm chronić młodzież przed różnymi szaleńcami i obłąkańcami społecznymi i politycznymi. Jeszcze raz pytamy, jak wytłumaczyć tę częstą i silną nienawiść do katolicyzmu, który w swej substancji jest Chrystusowy i ewangeliczny. Właściwie to człowiek staje bezradny. Ciągle na całym świecie co roku ponoszą śmierć za wiarę setki, jeśli nie tysiące katolików. W Polsce jest pod tym względem w zasadzie idealnie. Ale z Zachodu tym razem nadciągają te same ciemne chmury, które zawisły nad Hiszpanią. A niektórzy już marzą o zniszczeniu Kościoła i ojca Rydzyka. Mogą więc i u nas poczynić ogromne zniszczenia. Bowiem pierwsze podmuchy już mamy, choć katolewica wciąż idiotycznie mówi, żeby się przed tym nie bronić, tylko temu poddawać. Owszem, i katolicy popełnili w przeszłości i dziś popełniają wiele zła, i nie wszystkie struktury doczesne Kościoła są idealne, wymagają poprawy - nie można być zupełnie bezkrytycznym wobec strony ludzkiej. Ale Kościół jest nienawidzony nie za to, lecz w gruncie rzeczy za to, że jest Chrystusowy, katolicki, ewangeliczny i że nie idzie na kompromis z dzisiejszym światem w dziedzinie moralności. Toteż niektórzy teologowie twierdzą, iż ta nienawiść i te ataki mają źródło demoniczne. Bo szatan nie myli się, gdzie jest Chrystus i prawda. Nienawiści winniśmy się przeciwstawiać miłością, miłością do Chrystusa, do Kościoła i do wszystkich ludzi, także do nienawidzących nas. Za miłością musi iść modlitwa, wyznawanie prawdy i czynienie wszelkiego dobra. W tym wszystkim jednak musimy pamiętać, że Bóg wszystkim, a więc i nam, nakazał "czynić sobie ziemię poddaną", czyli nie wolno nam pod żadnym pozorem wycofywać się z gospodarzenia światem, a więc także życiem społecznym i politycznym. Katolicy muszą przede wszystkim przetwarzać świat i odradzać go pełną miłością Boga, ludzi i całego stworzenia Bożego.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

powrót